Kiedy Norman trafił do nas, był cieniem psa. Brudny, skołtuniony, zaniedbany i przede wszystkim przerażony. Świat był dla niego zbyt głośny, zbyt szybki, zbyt trudny. Szczekanie psów zza krat paraliżowało go tak bardzo, że nie był w stanie wyjść na spacer. Wynosiliśmy go na rękach za bramę schroniska. Tam kilka kroków, szybkie siku i to było wszystko, na co wtedy było go stać.
Ale Norman ma w sobie coś niezwykłego.
Z każdym dniem, bardzo powoli, zaczął wychodzić ze swojej skorupki.
Dziś pozwala założyć sobie szelki. Wychodzi na własnych łapkach. Spaceruje samodzielnie, choć bliskość innych psów przy kratach wciąż bywa dla niego trudna.
Daje się głaskać. I widać, jak ogromną sprawia mu to przyjemność. W boksie sam podchodzi, jeszcze trochę nieśmiało, ostrożnie, ale wystarczająco wyraźnie, by pokazać, jak bardzo tego potrzebuje i jak bardzo za tym tęskni.
To pies niezwykle wrażliwy, subtelny, delikatny w każdym geście.
Jest już po kąpieli i czesaniu, jego futerko wygląda znacznie lepiej, a podczas całego zabiegu był wzorowo grzeczny. Teraz, w mroźne dni, pozwala nawet założyć sobie kurteczkę.
Cieszymy się z każdej jego małej zmiany, bo każda z nich przybliża go do nowego życia.
Do domu, w którym ktoś zauważy jego delikatność. W którym nikt nie będzie go poganiał. W którym dostanie czas, spokój i czułość.
Norman bardzo się stara. Teraz potrzebuje już tylko jednego. Człowieka, który zobaczy w nim to, co my widzimy każdego dnia.